CHILE '2015

Wyprawa członków PTMA Szczecin
do astronomicznego raju na Ziemi

Marzenie, by odwiedzić Amerykę Południową, zaczęło we mnie kiełkować jeszcze zanim zainteresowałem się astronomią. Ten kawałek globu od zawsze wydawał mi się wyjątkowy z powodu jego odmienności geograficznej, klimatycznej i kulturowej. Był dla mnie Końcem Świata, po którym podróżował bohater książek A. Szklarskiego z mojego dzieciństwa i rysunkowe postaci animowanej serii "Tajemnicze Złote Miasta", którą namiętnie oglądałem. To tam zamieszkiwali Inkowie i inne rdzenne ludy Ameryki, od wieków związani kulturowo i naukowo z gwiazdami.

Chile to kraj, który idealnie połączył moje zainteresowania w jeden cel, cel wyprawy. W listopadzie 2014 r. pięciu członków PTMA Szczecin: Andrzej, Tadeusz, Marek, Ryszard i ja, kupiło bilety lotnicze na wymarzoną podróż astronomiczną.

Wybraliśmy termin w okresie nowiu Księżyca: 08.02-23.02.2015, kiedy to pogoda w górach rejonu Coquimbo jest najlepsza do uprawiania astronomii.

Transport do Chile zapewniła nam hiszpańska Iberia wg trasy: Berlin Tegel – Madrid Barajas – Santiago de Chile i z powrotem.

Ruszamy ze Szczecina o 3 rano. Szybki transfer do Berlina, potem do Madrytu i bez długiego layover'u wsiadamy na pokład Airbusa A340-600. Po 16 godzinach trudnej podróży (panował duży tłok) jesteśmy u celu: w dusznym, głośnym i wypełnionym nieznanymi zapachami Santiago de Chile. Mimo późnego wieczora obserwujemy jeszcze z centrum miasta to, po co tu przyjechaliśmy: Krzyż Południa, Kanopusa oraz Oriona przewróconego do góry nogami.

Poranek wita nas widokiem na miasto z okna naszego apartamentu (było to raczej skromne mieszkanko, w którym niektórzy musieli dzielić ze sobą małżeńskie łoże). Spędzimy tu dwie noce.

Pierwszy dzień postanowiamy poświęcić na zwiedzaniu stolicy Chile, co okazuje się w sam raz, jeśli nawet nie za długo. Santiago przypomina hiszpańskie duże miasta i wiele nie oferuje. Odwiedzamy główny plac Plaza de Armas oraz Mercado, czyli targ, gdzie zajadamy egzotyczne owoce morza. Trzeba podkreślić, że znajomość języka hiszpańskiego jest w tym kraju bardzo pomocna. Pomogło nam to w wielu sytuacjach. Na ulicach wylegują się bezpańskie psy. Spotykamy kilku pucybutów, w Polsce to już przeszłość.





Nie bylibyśmy prawdziwymi amatorami astronomii, gdybyśmy nie zajrzeli do sklepu z teleskopami w kraju uważanym za mekkę tej nauki.
 
Miasto zwiedzamy wyłącznie pieszo. Jest dość bezpiecznie i nie przytrafia nam się żadna przykra sytuacja. Fakt, że wkoło pełno jest Carabineros de Chile, czyli służb porządkowych (policji).

Rzutem na taśmę łapiemy się na ostatni wjazd na wzgórze widokowe Santa Lucia. Dwóch kolegów zostaje na dole, ale wystarcza kilka dolców, żeby przemiły pan motorniczy windy wykonał dodatkowy kurs na górę. Kochamy Amerykę Południową!


Pierwszy dzień w Santigo żegna nas czerwonym zachodem Słońca, w tle Andy. Jutro tam będziemy.
 
Trzeciego dnia naszego pobytu w Chile, z samego rana opuszczamy Santiago i jedziemy 500 km na północ w okolice miasta La Serena, gdzie znajduje się nasza docelowa miejscówka. Prowadzi nas słynna Ruta 5, czyli Panamericana. Wzdłuż autostrady stoją okoliczni mieszkańcy sprzedający słodycze i owoce. Widać ich z kilometra - machają tyczkami z zatkniętą białą płachtą z materiału. Każdy z nich ma swój oryginalny sposób dawania znaków - trzeba się wyróżnić.
Po drodze jest moment, gdy pierwszy raz widać Pacyfik z okna samochodu. Cóż za wspaniały widok! Zachęceni, skręcamy do miasta Los Vilos nad oceanem. Pora na lunch. Wzdłuż wybrzeża ulokowały się knajpki serwujące lokalne ryby. Panie naganiaczki robią dobrą robotę i po chwili składamy zamówienie.



Chile to ogromny kraj, a drogi są bardzo kręte. Po kilku godzinach wjeżdżamy do doliny Rio Hurtado, w głębi której mamy nocleg. Droga prowadząca przez ten teren to Ruta de las Estrellas (Droga Gwiazd), część szlaku Antakari.


Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni jakością dróg! Jednak na 10 km przed naszym celem asfalt się urywa, a zaczyna się słynna chilijska tarka czyli szutr, który w okresie deszczowym przecinany jest przez spływające z Andów rzeki. Zostawiając za sobą tumany kurzu dojeżdżamy do celu. Jesteśmy w Hacienda Los Andes.

Miejsce to położone jest ok. 1 100 m n.p.m, u stóp góry Cerro Pachón, na której znajdują się profesjonalne obserwatoria Gemini i SOAR. Hacienda posiada kilka własnych kopuł i roll-off'ów górujących nad zabudowaniami. Nie tracąc zbędnego czasu rozstawiamy nasze zestawy do astrofotografii. Będą tu stać przez następne 12 nocy. Pomaga nam właściciel Haciendy Daniel, znany astrofotograf (www.verschatse.cl), od którego wypożyczyłem na cały pobyt montaż AP Mach1 GTO.

 
Reszta kolegów przywiozła własne kompletne zestawy. Warto wspomnieć o teleskopie Andrzeja, który przez cały pobyt działał automatycznie, realizując napisany przez niego skrypt. Kamera zebrała kilka GB danych z obserwacji różnych gwiazd zmiennych.

Mój zestaw astrofotograficzny na tle Andów. Wymarzona miejscówka.


Noc upływa nam, jak każda następna, na uprawianiu astronomii i astrofotografii. Pierwszy cel: mgławica Tarantula w Wielkim Obłoku Magellana (NGC 2070)

 

Po północy wschodzi Księżyc, który za kilka dni nie będzie już nam przeszkadzał.

Zmęczeni wojażami podczas ostatnich kilku dni robimy sobie dzień wolnego. Hacienda ma powierzchnię ok. 500 ha i kilkanaście wytyczonych szlaków trekkingowych, wiodących pośród skał, kaktusów i drzew Algarrobo. To tereny niegdyś zamieszkane przez plemiona Diaguita, które wydobywały w tym rejonie złoto i inne surowce. Do dnia dzisiejszego zachowały się po nich malowidła naskalne, które można zobaczyć o dzień drogi konno z Haciendy. Daniel oferuje kilkudniowe wycieczki w Andy na koniach, z noclegiem pod gwiazdami. My jednak woleliśmy fotografować niebo i zwiedzać okolicę na pieszo.

Kolejnego dnia, realizując założony plan opuszczamy Haciendę i ruszamy do miasta La Serena, skąd odlatuje nasz samolot do Calamy, położonej na północnym skraju pustyni Atacama. Musimy przemierzyć niełatwą i długą drogę przez góry oraz przełęcz Tres Cruces. Przejechanie 40 km zajmuje nam prawie 2 godziny.

Zjeżdżając w dół w kierunku doliny Elqui podziwiamy Andy, pola suszących się w słońcu rodzynek oraz błyszczące w słońcu kopuły obserwatorium Cerro Tololo. Będziemy tam w przyszłym tygodniu.

Po południu wpadamy na chwilę do biura AURA w La Serenie odebrać pozwolenie na wizytę w Cerro Tololo. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie w bibliotece imienia Olina J. Eggena, który był jednym z najlepszych astronomów - obserwatorów swoich czasów.

Po lunchu odprawiamy się i lecimy do najsuchszego miejsca na Ziemi chilijskimi liniami lotniczymi LAN. Trzeba przyznać, że przewoźnik trzyma bardzo dobry standard, na europejskim poziomie. Co ciekawe, lepiej kupować bilety w LAN na stronie w j. hiszpańskim. Gdy zmienimy na angielski cena rośnie czterokrotnie!

Lądujemy w Calamie późnym popołudniem. Wypożyczamy samochód, robimy zakupy (dużo wody!!) i od razu kierujemy się w stronę najważniejszego miasta turystycznego Atacamy - San Pedro de Atacama. Miasto w tym przypadku należy zdefiniować jako kilkaset lepianek, w których mieszczą się głównie knajpy i hostele. Zamiast asfaltu jest klepisko. Stąd organizowane są wycieczki do Boliwii i Argentyny, nad tamtejsze laguny. Droga do San Pedro ma niecałe 100 km i jest prosta jak od linijki. Wysokość rośnie z każdym kilometrem, by u celu osiągnąć 2 400 m n.p.m.


Nocleg mamy załatwiony u Alaina w SpaceObs w jednej z jego Atacama lodge. Alain posiada kilkanaście teleskopów oraz prowadzi hosting, czyli wynajmuje obserwatoria dla astrofotografów z całego świata. Mogą oni zdalnie sterować swoim sprzętem np. z Europy. Jedno z takich obserwatoriów należy do polskich astroamatorów, którzy kilka dni przed napisaniem tej relacji odkryli zainstalowanym tam sprzętem kometę C/2015 F2 Polonia!!! Aż trudno uwierzyć, że tam byliśmy i dotykaliśmy tego sprzętu.

Powietrze na Atacamie jest suche, a gorący wiatr powoduje pieczenie oczu.


Wieczorny lunch i spacer po, jednak dość niebezpiecznym, San Pedro de Atacama dopełnia nasz dzień. Jutro czeka nas jeden z głównych punktów naszej wyprawy.

Poranek zapowiada dobrą pogodę. Luty jest miesiącem tak zwanej zimy boliwijskiej i gdyby było naprawdę źle, nie moglibyśmy odwiedzić gwoździa programu, czyli obserwatorium radioteleskopów ALMA na pograniczu chilijsko-boliwijskim. O tej porze roku zdarzają się ulewy, a nawet opady śniegu (pomimo pełni lata) wysoko w Andach. Z naszych informacji wynika, że jesteśmy pierwszymi amatorami z Polski, którzy odwiedzają to miejsce!


Bez problemów meldujemy się na bramie, gdzie odbywamy krótkie szkolenie (filmik) i ruszamy dalej. Po 20 km docieramy do centrum kontroli i serwisu ALMA położonego na 2900 m n.p.m. Tutaj przechodzimy niezbędne badania lekarskie przed wjazdem na płaskowyż. Niestety jeden z kolegów, z powodu przeziębienia i złych wyników, musi zostać na dole.

Wraz z przydzieloną nam panią przewodnik wyruszamy w samochodową wspinaczkę na wysokość ponad 5000 m n.p.m, gdzie zlokalizowane są radioteleskopy. 25 km podjazdu pokonujemy w ok. 40 minut, po drodze obserwując przepiękne, księżycowe krajobrazy i andyjską faunę.


Z okien samochodu widzimy wiecznie pokryty śniegiem stratowulkan Licancabur (5920 m n.p.m), leżący na pograniczu chilijsko-boliwijskim oraz kilka innych szczytów. Widoki zapierają dech.


Wjeżdżając na Chajnantor Plateau odczuwamy pierwsze efekty mniejszej saturacji tlenu w krwi, spowodowanej dużą wysokością. Jednak widoki przyćmiewają nawet zawroty głowy. Widać anteny.

Na miejscu przechodzimy ponowne badania medyczne i podają nam po raz pierwszy tlen w aerozolu. Niektórym z kolegów bardzo podoba się jego wdychanie...

W towarzystwie pani przewodnik i lisa andyjskiego rozpoczynamy zwiedzanie anten. Znajduje się tam 54 12-metrowych, oraz 12 7-metrowych anten. Mamy trochę szczęścia - wszystkie radioteleskopy są skumulowane w jednym miejscu. Jesteśmy poza sezonem obserwacyjnym (zła pogoda). Podczas obserwacji anteny są rozrzucone po całym płaskowyżu i ich zwiedzanie jest utrudnione.





Po 1,5 godziny czas ruszać na dół - tlen w sprayu się kończy. Wpadamy jeszcze na chwilę do centrum kontroli i robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z transporterem, który zabiera anteny na płaskowyż i z powrotem.


Po wizycie w ALMA zostaje nam pół dnia do wykorzystania. Jedziemy na lunch do wioski Toconao, gdzie zamawiamy pyszne empanadas z mięsem lamy.

Ogladamy jeszcze wiadomości w TVN i ruszamy dalej.


Odwiedzamy po drodze Lagunę Chaxa na solnisku Atacama, gdzie znajduje się rezerwat flamingów. Żar leje się z nieba. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byliśmy w górach, gdzie miejscami leżał śnieg. Nad Andami już rozbudowują się burzowe chmury.

Wracając do San Pedro jesteśmy świadkami opadów deszczu i tęczy na środku Atacamy.


Nie tracąc ani chwili z naszego ostatniego dnia w tych okolicach ruszamy do Valle de la Luna, czyli Doliny Księżycowej. Trzeba zapłacić za wstęp, ale widoki są nieziemskie. Dokoła piach, sól, skały i przeszywający wiatr. Akurat zachodzi Słońce.



Żal wyjeżdżać, ale kolejnego dnia mamy samolot z powrotem do La Sereny. Po drodze odwiedzamy jeszcze górnicze miasto Calama i zdajemy samochód do wypożyczalni na lotnisku.

Wracając do Santiago przelatujemy nad ogromną odkrywkową kopalnią miedzi. Wiele tu takich, ta mogła należeć do KGHM (Sierra Gorda). Chile posiada wiele surowców naturalnych, co stanowi ich główne bogactwo. Większość odkryć geologicznych zawdzięczają naszemu rodakowi Ignacemu Domeyce, który został honorowym obywatelem Chile i rektorem tamtejszej uczelni. Jego imieniem nazwano nawet pasmo górskie, które podziwialiśmy z San Pedro (Cordillera de Domeyko) oraz miejscowość (Domeyko).
Na zachód Słońca docieramy do La Sereny nad Pacyfikiem. Potem czeka nas powrót do Haciendy, po drodze obserwujemy jeszcze koniunkcję Wenus i Marsa.

Kolejne kilka dni spędzamy w Haciendzie oddając się naszej astro-pasji i zwiedzając okolicę.
Podczas jednego z lunchów przeżywamy pierwsze w naszym życiu trzęsienie ziemi. Słaba 4-ka. Kolejne (3-ka), parę dni później, budzi nas nad ranem. Człowiek potrafi sobie wyobrazić sobie, jak może wyglądać mocniejszy wstrząs... Co ciekawe, podczas fotografowania nieba, da się zauważyć mikro trzęsienia na wykresie guidera. Sprawdziliśmy to, skoki pojawiały się w tym samym czasie na dwóch niezależnych zestawach.



Dookoła rosną tylko kaktusy, ale w sklepach dobrobyt!



Prawie nie sypiamy, ale kto by tam spał, gdy nad głową takie cuda i najlepsze niebo na Ziemi!

Od lewej: Wielki i Mały Obłok Magellana - najbardziej charakterystyczne obiekty nieba południowego (to dwie satelitarne galaktyki naszej Drogi Mlecznej), Ciemna mgławica Dark Doodad (Sandqvist 149) w Drodze Mlecznej.

 
 
 




Zaczyna się drugi tydzień wyprawy. Kolejnym naszym celem jest wizyta w dwóch obserwatoriach astronomicznych: Las Campanas i La Silla. To będzie dwu dniowa wyprawa z racji odległości - 250 km w jedną stronę, co na chilijskich drogach oznacza 5 h jazdy.

Wyruszamy na północ, mijamy naszą lokalną przełęcz górską, przemierzamy dolinę Elqui i wjeżdżamy na zakorkowaną Rutę 5. To jedyna główna droga w tym kraju, w dodatku w ciągłych remontach. Porusza się po niej wszystko co może: od psów, Arrieros na koniach, po amerykańskie ciężarówki MACK. Słowo o tutejszych samochodach. Europejskich marek nie znajdziecie. Na ulicach widać tylko amerykańskie i azjatyckie pojazdy znanych i zupełnie nie znanych marek. Np. Toyota Yaris w chilijskim wydaniu to sedan.

Droga do obydwu obserwatoriów odbija w prawo, więc zjeżdżamy z autostrady. Mijamy asfaltowy pas startowy, na którym lądują samoloty dowożące astronomów z Santiago. Szutrowa droga rozwidla się, a znaki pokazują w lewo do Las Campanas, w prawo do La Silla. Meldujemy się telefonicznie do biura ochrony Las Campanas i rozpoczynamy wspinaczkę na 2400 m n.p.m.

Nad naszymi głowami szybuje Kondor Andyjski.

Na miejscu wita nas prof. Andrzej Udalski, polski astronom realizujący w obserwatorium program OGLE. Prof. Udalski będzie naszym przewodnikiem po tym wspaniałym obiekcie.

Na początek zaglądamy do dwóch 6.5 m teleskopów - Magellanów.
 
 
Potem odwiedzamy 2.5 m teleskop im. Irenee du Pont, a także 1.0 m teleskop im. Henrietty Swope. Na koniec prof. Udalski zostawia najlepsze - wizytę w kopule polskiego teleskopu OGLE, a także w jego centrum sterowania i codziennym miejscu pracy pana Andrzeja.
 

Widoki ze szczytu Las Campanas są niesamowite - choć widzialność dzisiaj to "tylko" 100 km... Tutaj po raz pierwszy doświadczamy niesamowitego zapachu ziół i roślin rosnących na dużej wysokości. Ten charakterystyczny zapach powtarza się w innych obserwatoriach, które odwiedzamy.

Jak na dłoni widać odległe o 27 km obserwatorium La Silla. Profesor opowiedział nam historyjkę, jak wysyłał sobie z kolegą astronomem z sąsiedniej góry znaki świetlne.
 
Noc spędzamy w górniczej miejscowości Vallenar na północ od obserwatoriów, ale zanim tam dotrzemy skręcamy w lewo nad Pacyfik - do rybackiego miasteczka Huasco. Jemy późny lunch w klimatycznej, portowej knajpie i ruszamy do portu. Na pomoście spotykamy jakieś 100 osób - mieszkańców, łowiących drobne ryby na wieczorną siestę. Z tego co się dowiadujemy to lokalny sposób spędzania czasu, codziennie to samo. Wpadamy pomiędzy nich z aparatami, nie bez obaw. "Localesi" okazują się jednak bardzo przyjaźni.
 
Miejsce ma wybitny klimat portu: zapach oceanu, ryb i wszechobecnego brudu. Dookoła latają pelikany, a ja z Andrzejem mamy okazję zaobserwować lwa morskiego.

Jak się potem okazuje, nie są to jedyne zwierzęta tu spotykane.

Nocujemy w Vallenar w uroczym hoteliku Esmeralda, którego właściciel ma niezwykłe poczucie humoru. Po śniadaniu w towarzystwie, jak się okazuje, astronoma z La Silla, wyruszamy tą samą trasą co wczoraj do obserwatorium.
 
Meldujemy się na bramie i po dłuższej chwili oczekiwania na naszego przewodnika (pracownika ESO), ruszamy na górę.

Nie ma co zwiedzać na pusty żołądek - stwierdza p. Hernan i zaprasza nas na obiad do kantyny ESO, na koszt europejskiego podatnika oczywiście. Trzeba przyznać, że pracujący tu astronomowie mają świetne warunki bytowe. W kantynie zainstalowany jest monitoring pogodowy - śmiejemy się, że siedzą tu nocami i ucztują obserwując, czy nie nadciągają chmury i nie trzeba przerwać pracy. Wszystkie rzeczy, od kubków po podkładki do konsumpcji, obrandowane są napisem La Silla Observatory.
 

W nocy trzeba uważać na dziką zwierzynę biegającą po terenie placówki.



Zwiedzanie rozpoczynamy od największego teleskopu - 3.6 m, umieszczonego w przewymiarowanej kopule na bardzo wysokim fundamencie. Postument zamocowany jest bezpośrednio do skały dzięki czemu, w razie trzęsienia ziemi, cały instrument porusza się wraz z nią. Teleskop wyposażony jest w optykę aktywną i spektrograf HARPS, służący do poszukiwań egzoplanet.


W środku panuje chłód - klimatyzatory utrzymują temperaturę ostatniej nocy by teleskop był od razu gotowy do pracy. Podobnie sprawa wygląda z kamerami CCD - nieprzerwanie chłodzone są ciekłym azotem, nawet w dzień gdy nie pracują. Nauczony doświadczeniem z poprzedniej wizyty, zabrałem ze sobą ciepłą kurtkę.

Następnie odwiedzamy 3.58 m Teleskop Nowej Technologii (NTT).

Na koniec wycieczki przemieszczamy się samochodami do nieczynnego, 15 m radioteleskopu.
 
Kończymy naszą wizytę w ESO. Żegnąją nas przepiękne widoki, których nigdy nie będzie nam dość.

Ostatnie dni naszego pobytu w Chile spędzamy na błogim lenistwie, trekkingach i astrofotografii. Do Haciendy przyjeżdżają znajomi Daniela - chilijscy astrofotografowie, oraz dwóch profesjonalnych astronomów pracujących w Las Campanas - Yuri i Vincent. Rozmowom na tematy astronomiczne i nie tylko nie ma końca. W międzyczasie nasze zestawy do astrofotografii robią kolejne zdjęcia.

 
 
 
 
 
 
 
 
 



TIME-LAPSE - noc w Haciendzie

Z nudów, czy raczej może z chęci wykąpania się w Pacyfiku, robimy sobie 200 km wycieczkę do La Sereny. Przejeżdżając przez miasteczko Vicuña zatrzymujemy się centrum by kupić jakieś pamiątki, wiecie jak to jest wracać do domu bez prezentów... Na skrzyżowaniu zatrzymuje nas brama zrobiona przez lokalnych strażaków. W pełnym osprzęcie zbierają pieniądze do puszek od przejeżdżających kierowców. Dokładamy się do bezpieczeństwa w regionie.
Podczas gdy koledzy fundują sobie kawę rozpuszczalną zalaną gorącym (niezbyt świeżym) mlekiem, ja zadowalam się Mote con huesillo, czyli tradycyjnym chilijskim orzeźwiającym napojem. Jest to po prostu schłodzony kompot z brzoskwiń z wkładką w postaci ziaren pszenicy albo pęczaku. Na upał - pycha!


Dojeżdżamy do La Sereny, w której odwiedzamy lokalne muzeum. Głównie z tego względu, że znajduje się tutaj autentyczna, przywieziona z Wyspy Wielkanocnej figura Moai.


Ostatnią wycieczkę odbywamy w przededniu naszego wyjazdu, czyli w sobotę. Zabieramy ze sobą dokumenty, które odebraliśmy w AURA w zeszłym tygodniu i jedziemy do amerykańskiego obserwatorium Cerro Tololo. Mimo, że w linii prostej znajduje się ono jakieś 20 km od Haciendy, musimy zrobić dobrze ponad 100 km by tam dotrzeć. Jak to w górach bywa, droga wiedzie dookoła.
Kopuły widać z daleka.

Gdy dojeżdżamy do bramy obserwatorium, która znajduje się 20 km od samych teleskopów, okazuje się, że zasady tu panujące są dość restrykcyjne. Szefem zdaje się być pan, otwierający i zamykający główną bramę. To on decyduje kogo wpuszcza i w jakiej kolejności. Po przydługim wykładzie na temat zasad poruszania się po terenie CTIAO, w końcu ruszamy w karawanie samochodów. W tej samej kolejności musimy dojechać na górę. To typowo turystyczna wycieczka ale i tak mamy szczęście. Deklarujemy nieznajomość j. hiszpańskiego i przydzielają nas do grupki anglojęzycznej. Będziemy zwiedzać niezależnie. Rozpoczynamy od największego teleskopu - 4.0 m Victor M. Blanco (po lewej).


Potem kroki kierujemy do kopuły jednego z teleskopów SMARTS. Nasz przewodnik otwiera kopułę i porusza montażem teleskopu.
 
Przez otwarte wrota widać kopułę teleskopu Blanco. Jest to pewne ograniczenie pola widzenia dla pracującego tu instrumentu.
 
Wizyta niestety ograniczona jest tylko to tych dwóch miejsc. Na pocieszenie możemy popatrzeć na oddalone o ok. 10 km obserwatorium Gemini i SOAR, do których niestety nie udało nam się uzyskać wstępu. Jak nam opowiada później Daniel, stojąc koło kopuły Gemini widać w dole naszą Haciendę.
 
Na własną rękę zbaczamy na chwilę z wytyczonej trasy i zajeżdżamy w pobliże teleskopów PROMPT. Po chwili jesteśmy już w drodze na dół.
 
Zaczyna zmierzchać, gdy zjeżdżamy do doliny Rio Hurtado. Jutro wracamy do Polski.
 
Haciendę opuszczamy w niedzielę o 9:00 rano. Czeka nas 500 km drogi do Santiago. Po drodze, tradycyjnie już, zajeżdżamy nad Pacyfik na lunch.
 
Samolot mamy o 23:00 lokalnego czasu. W domu meldujemy się w poniedziałek przed północą. Jesteśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi.

To była niesamowita przygoda, każdy dzień przynosił nowe wrażenia. Nie wszystko da się zapamiętać, ale zdjęcia i opisy, które tu zamieściłem pozwolą choć trochę odtworzyć jak tam było. Każdemu z Was polecam i życzę takiej wyprawy! Do następnego razu Chile!

Kuba